Ostatni bastion upadł.
Decyzja Apple o usunięciu ładowarki z pudełka iPhone’a w 2020 roku wywołała globalną burzę i falę krytyki. Konkurenci, na czele z Samsungiem, początkowo kpili z tego ruchu, by niedługo później samemu pójść tą samą drogą. Przez lata wydawało się jednak, że laptopy, a zwłaszcza te z linii Pro, stanowią ostatni bastion, którego ta polityka nie dotknie. Uważano je za kompletne narzędzia do pracy, w przypadku których zasilacz jest integralną częścią zestawu.

Te nadzieje właśnie się skończyły wraz z premierą nowych MacBooków Pro z czipem M5. Potwierdziły się doniesienia, że w mniejszych i lżejszych pudełkach nie znajdziemy już charakterystycznej, białej kostki zasilającej. Klienci otrzymają wyłącznie laptopa oraz kabel, prawdopodobnie USB-C do MagSafe. Oznacza to, że koszt zakupu nowego komputera dla wielu osób wzrośnie o cenę samego zasilacza. To decyzja, która, choć była przewidywana, budzi ogromne kontrowersje.
Argument „za”. Ekologia i mniejszy ślad węglowy.
Oficjalna narracja Apple pozostaje niezmienna i w całości skupia się na ekologii. Firma argumentuje, że większość dotychczasowych użytkowników Maków posiada już w swoich domach kompatybilne zasilacze USB-C. Dołączanie kolejnej ładowarki do każdego nowego urządzenia prowadzi do generowania ton niepotrzebnych elektrośmieci. Usunięcie jej z zestawu pozwala na zastosowanie znacznie mniejszego i lżejszego opakowania.
Argument „przeciw”. Skok na kasę.
Konsumenci i analitycy rynkowi patrzą na tę decyzję ze znacznie mniejszym entuzjazmem, widząc w niej przede wszystkim „skok na kasę”. Podkreślają oni, że cena nowych MacBooków Pro nie została obniżona, mimo że z zestawu zniknął kluczowy i drogi komponent. Apple w ten sposób oszczędza ogromne kwoty na produkcji i logistyce, jednocześnie przerzucając koszt na klienta. To właśnie klient dopłaci za coś, co do tej pory było standardem.



A dopłata jest niemała, bo cena zasilacza o odpowiedniej mocy zwala z nóg. W zależności od potrzebnej mocy, na przykład 96W lub 140W, koszt zakupu oryginalnej ładowarki w oficjalnym sklepie Apple w Polsce to wydatek rzędu 400 złotych. Dla wielu nowych użytkowników, którzy przesiadają się z innego systemu, jest to więc ukryty, obowiązkowy koszt. To zamienia argument ekologiczny w niezwykle dochodowy biznes poboczny, a same komputery nie są sprzedawane przez Apple taniej, a wręcz przeciwnie są jeszcze droższe pomimo pozbawienia ich wspomnianego akcesoriom.
Rola prawa unijnego.
Decyzja Apple wydaje się być cynicznym wykorzystaniem niedawnych regulacji Unii Europejskiej. Warto przypomnieć, że dyrektywa UE wprowadza obowiązek, aby od 28 grudnia 2024 roku wszystkie nowe smartfony, tablety i inne małe urządzenia elektroniczne były wyposażone w uniwersalny port USB-C. Co kluczowe, te same przepisy zakładają, że sprzedawcy będą mogli oferować urządzenia także bez dołączonej ładowarki, co pozwoli konsumentom na zakup akcesoriów osobno.


Celem dyrektywy jest ułatwienie życia konsumentom poprzez eliminację konieczności posiadania wielu różnych ładowarek oraz realna redukcja odpadów elektronicznych. Producenci laptopów mają czas na dostosowanie się do tych przepisów do 28 kwietnia 2026 roku. Apple, usuwając zasilacz z MacBooka Pro już teraz, wyprzedza ten ruch, ale jednocześnie wykorzystuje proekologiczną argumentację UE do własnych celów biznesowych.
Nowa, smutna norma.
Trend jest niestety jasny i prawdopodobnie nieodwracalny, a pudełka z elektroniką będą coraz bardziej puste. Najpierw zniknęły słuchawki, potem ładowarki z telefonów, a teraz ten sam los spotyka komputery przenośne. To, co kilka lat temu było postrzegane jako skandal, dziś staje się powoli nową normą rynkową. Prawdopodobnie już wkrótce inni producenci laptopów z segmentu premium pójdą w ślady Apple.
Klienci stają więc przed nową rzeczywistością, w której zakup komputera to dopiero początek wydatków. Przed finalizacją transakcji będą musieli teraz sprawdzić, czy posiadany przez nich zasilacz jest kompatybilny i wystarczająco mocny, aby obsłużyć nowy sprzęt. Jeśli nie, do ceny samego MacBooka Pro będą musieli doliczyć kolejne kilkaset złotych. Debata na temat tego, czy jest to prawdziwa ekologia, czy cyniczna oszczędność, pozostanie z nami na długo.